piątek, 14 listopada 2014

Rozdział 4 ~ Lost Voices

(tup, tup, tup - korytarz, wolny świat Dominica, do którego przynależał, białe ściany, labirynt korytarzy Munga)

Należy puścić: West One Music - Lost Voices

Cichy szept. Stuknięcie. Pustka. Znowu ona. Wchodzi cicho... Skrada się. Jest przebiegła. Nie ma sobie równych. Nie zna litości. Nie oszczędza. Nie czuje lęku. Po prostu wchodzi. I zaciska. Zaciska swoje szpony na ofierze. Obce jest jej szczędzenie zdobyczy. Gryzie. Rozdziera. Pożera. Na końcu zostawia. Wtedy już tylko możesz cicho krwawiąc, czekać, aż powróci i dobije cię swoimi szponami. Bo ona nie zna litości. Nie oszczędza. Po prostu wchodzi. I zaciska. 

Nie spieszył się, pośpiech nie miał najmniejszego sensu. Ludzie wiecznie są w ciągłym biegu, nie mają na nic czasu i spędzają sobie sen z powiek, myśląc o konsekwencjach nie wyrobienia się bądź nie dotarcia na czas. Jego to nie dotyczyło. I to nie dla tego, iż najzwyczajniej pośpiechu nie uznawał. Nie miał zamiaru poświęcać się dla takich błahostek jak regulaminowe stawianie się na patrolu o wyznaczonej porze dnia i nocy, bo po co? Osobie oczekującej jego obecności także było wszystko jedno, czy przyjdzie o kwadrans za wcześnie, czy też spóźni się dwie godziny, nie mając w zanadrzu żadnej wymówki, która by go w jakiś sposób usprawiedliwiła. Dlatego mógł spokojnie kroczyć drogami, chodnikami, posadzkami, schodami, korytarzami. Nie musiał wkładać w to wysiłku, po prostu szedł i mozolnie zmierzał do swojego celu.

Biel, wszędzie biel. Chłonęła każdy cal pomieszczenia. Dodawała dramaturgii. Może takie właśnie było jej przeznaczenie? Czy ludzie celowo malowali szpitalne ściany na ten kolor, ograniczając się podczas tej czynności wyłącznie do standardowej szpachli i jednego barwnika? Funduszy niewątpliwie im nie brakowało, w końcu byli cały czas sowicie finansowani, a mimo to z trudem doszukiwał się w którejkolwiek z sal Munga (Nareszcie w domu! - pomyślał Dominic: dop. autor.) innych kolorów. Kręciło mu się w głowie, czuł się również nieswojo, a przytłoczenie sprawiało, że z trudem stawiał następne kroki. Szlag by trafił dekoratora i władze tego przeklętego przytułku dla obłąkanych. 

Nienawidził czuć się w ten sposób, było to ponad jego siły. 

Walczył z tym.

Próbował walczyć dzień za dniem, noc za nocą. 

Jednakże ilekroć tylko przymykał oczy, jedynym, co widział, był obraz jej - uśmiechniętej, roześmianej, machającej mu przed nosem wiankiem z róż, pozbawionych kolców za sprawą jego silnych, szorstkich dłoni, którymi zwykł obejmować swoją kruszynę w te pamiętne, wiosenne poranki. Wtedy, kiedy mógł trwać u jej boku, a nie pracować niczym niewolnik własnego, zszarganego sumienia, nakazującego mu oddawać się wiecznemu potępieniu. 

Okiełznał salę martwym, wypranym z emocji wzrokiem, po czym podszedł do szpitalnego łóżka i przyklęknął. Niepewnie podniósł wzrok na zajmującą je kobietę, która zdawała się być pojmana przez zachłanne objęcia Morfeusza. Wraz z przeniesieniem na nią spojrzenia, jego własne stopniało, złagodniało, a w oczach zaczęły pojawiać się płomienne, gorące i pewien sposób zrozpaczone uczucia. Maska obojętności została stopiona, obnażając drugie oblicze odwiedzającego. 

Dotyk słodkiej istotki był tym, za czym tęsknił najbardziej. Jakim musiał być głupcem, pozwalając oddalić się jej od siebie tak bardzo. Gdyby miłość miała się tak skończyć, nawet by jej nie zaczynał.

- Dlaczego pojawiłaś się naprzeciw mnie? Przyszłaś i przywitałaś mnie jak chwila, która wierzyłem, że była cudem, a potem odeszłaś, pozostawiając mnie samego, zimnego, skostniałego niczym nasze szczęki, podczas wspólnych zimowych wypadów do lasu. - Wtedy mógł podziwiać jej wspaniałą urodę w całej okazałości, biorąc w ręce rumianą twarz kobiety, okalaną przez śnieżnobiałe, nieregularne płatki - zupełnie tak nieregularne, jak struktura jego twardego i nabrzmiałego serca. A mimo to, ono pulsowało. Pulsowało, nie dając mu spokoju. Jedyna miłość, jedyne uczucie, jedyna łania, uciekły. Czuł się taki osamotniony. 

Nie miał prawa spoglądać teraz na nią w ten sposób, jak gdyby wciąż stanowili idealną parę kochanków, dzielących ze sobą łoże, rozdzielających wspólne żale i smutki. Usta niewiasty były zimne, a rozpalenie ich we wspólnym tańcu języków, wydawało się takie odległe... Niemożliwe, nieuchwytne. 

I takie też własnie było.

Nie chciał śnić, nie pragnął żyć, nie mógł oddychać. Sny, przywołujące mu wciąż te same, dręczące go obrazy, nie pocieszały go. Budzenie się przestało być realne, zdawało się przypominać fikcję. Czystą fikcję, pozbawioną jakichkolwiek ścisłości. 

- Powiedz mi, że mnie słyszysz... Twój dotyk jest tym, za czym tęsknię, a im bardziej się z tym kryję, tym mocniej zdaję sobie sprawę, że powoli cię tracę. Uwielbiam cię, pragnę i potrzebuję, wróć do mnie. - szepnął, wcale nie oczekując odpowiedzi od kruszyny. Przecież nie mogła mówić, nie była zdolna nawet do świadomego czucia, a co dopiero zareagowania drgnięciem na któryś z jego wywodów. Mimo to nie szczędził jej czułych słów. Chociaż to mógł dla niej w tym momencie zrobić. 

Pomimo tego, iż w przeciwieństwie do ukochanej, mógł budzić się o każdej porze dnia i nocy, miał wrażenie, jakby to on znajdował się w nieustannej śpiączce. Dyszał, pozornie odzyskiwał świadomość, a jego oczy tak naprawdę nigdy, cholera, nigdy się nie otwierały. Dlaczego wciąż tu przychodził, skoro czuł się tak winny, że ta wina paliła go od wewnątrz? Miał wrażenie, że ktoś dźga go zapalonym knotem świecy w sam środek serca. Wizyty zdawały się pochłaniać jego ból w momencie, gdy mógł na nią spojrzeć, co ewidentnie należało podpisać również pod uzależnienie. Tak, był od niej uzależniony i nie wyobrażał sobie życia bez niej. W pewien sposób, to go usprawiedliwiało.

W głębi duszy wierzył, że i ona wyczuwa jego obecność, tak jak on nigdy nie chciał zaakceptować faktu, że może jej już nie odzyskać  - że jedyne, co zostało po jego pięknej i delikatnej Morganie, to bezwładne, milczące i marznące w szpitalnej sali posiniałe ciało. 

Leżała tu samotnie zbyt długo, zdecydowanie zbyt długo. Rodziny zazwyczaj w takich chwilach się poddają, dokonują eutanazji, osiągając apogeum rozpaczy albo godzą się z wyrokiem losu i pozwalają na odłączenie ciała od aparatury. On nie należał do żadnego z tych odłamów, co to, to nie. Na samą myśl o takich jednostkach czuł obrzydzenie, chociaż zdawał sobie sprawę, że nie powinien nikogo osądzać, bowiem ich wszystkich łączyła jedna, wspólna cecha - ból, ból po stracie ukochanej im osoby. Tyle że on wciąż ją miał, nie opuściła go. Wciąż uparcie wierzył, że uda mu się tchnąć w nią oddech, iskrę, która powróci różany kolor jej ponętnych i miękkich warg. Natomiast teraz, był już całkowicie pewien, iż prędzej czy później osiągnie to, co zamierzał. Wszystko sobie dokładnie zaplanował, nic już nie mogło stanąć mu na przeszkodzie. Stał się gotów do poświęcenia wszystkiego, nawet ludzkich istnień. Czy to robi z człowiekiem nieszczęśliwa miłość? Jeśli tak, to ten grzech mu nie przeszkadzał. Czynił go w imię wyższych celów, w imię ICH wspólnego szczęścia. 

Czy żałował swoich wyborów? Hm, chyba nie. Dominic sądził, że nie był do tego zdolny, miał siebie za zimnego drania, a mimo to zdarzały się chwile, gdy siadając przed kominkiem, rozważał o słuszności swoich decyzji. Nie miał wyrzutów sumienia, to by tylko wszystko skomplikowało, jednak wiedział, że nie postępuje z ogólnie przyjętym kodeksem zasad moralnych. 

- Już niebawem kochanie, już niebawem. Sprawię, że podniesiesz powieki, obiecuję. Krew niewinnych doda Ci siły. I nie będziesz mi miała tego za złe, prawda? Przecież przyrzekliśmy sobie, że nic nigdy nas nie rozdzieli, a taka przysięga wiąże, na wieczność, na zawsze, aż do śmierci. Ze spowolnionym oddechem dzielimy jeden pocałunek, czuję go z oczami zamkniętymi w tym skomplikowanym uczuciu. Spróbuję ci pokazać wolny świat. Czas się wydostać, dziecinko. 

***

Idąc korytarzem i rozglądając się na boki niczym złodziejaszek, Hermiona szukała jakichkolwiek niepokojących oznak, które dałyby jej powód do tego, by przypuszczać, że ktoś właśnie złamał regulamin szkolny. Było to żmudne zajęcie, najczęściej nie mogła pochwalić się żadnymi łupami, nie wspominając już o osiągnięciach w kwestii przyłapywania na gorącym uczynku w trakcie tego tygodnia. Ostatnie wydarzenia spowodowały zaskakujący, a przede wszystkim nagły, spadek osób szwendających się po nocach. 

Bali się, tego była pewna. Dlatego też rozumiała zmianę w swoim grafiku, wprowadzoną zaraz po zaistniałej dwa dni wcześniej sytuacji, zakładającą coraz to częstsze patrole. Nie była ona Gryfonce na rękę, bowiem kolidowała z jej harmonogramem zajęć i spotkań towarzyskich, które ostatnimi czasy składały się głównie ze wspólnego węszenia, a mimo to nie miała żadnych zastrzeżeń, podczas gdy zawołana do pokoju nauczycielskiego, posłusznie odebrała nowy grafik. Jednakże jedna zmiana była jej wyjątkowo nie na rękę. Dzisiejszej nocy parterem brązowowłosej w patrolowaniu, miał być nijaki Draco Malfoy, dupek ponad wszystkich dupków, traktujący większość swoich obowiązków na tyle olewczo, że trzeba było je wykonywać za niego. I tym razem nie było inaczej. Dwugodzinne sprawdzanie korytarzy tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że nie wykonuje on należycie swoich zadań. Najzwyczajniej nie traktował swojego pozycji poważnie. Zazwyczaj podczas takich obchodów, zdążyła w ciągu dwugodzinnego okresu czasu, napotkać przynajmniej dwa razy innego perfekta na swoim początkowym stanowisku, a tej nocy ślad po nim zaginął. Dlaczego? Ano dlatego, że jej partner miał głęboko w poważaniu wyłącznie własne interesy.
Ciągnąc leniwie nogi po posadzce, Hermiona miała nadzieję, że uda jej się w jakiś sposób nakryć go na czymś niestosownym, o ile w ogóle miał zamiar się pojawić, jednak z każdym następnym "krokiem", nadzieja brązowookiej uszczuplała się. Była już niemalże pewna, że może pożegnać się ze swoim (nie)misternie zaplanowanym dochodzeniem. A mimo to los zgotował jej ciekawą niespodziankę.

Skręcając w jeden z korytarzy, znajdujący się niedaleko drzwi wejściowych, zauważyła, oświetloną przez światło padające z witraża, postać. - A jednak ten dupek się pojawił, więc nie wszystko jest jednak stracone, wspaniale. Czas wykorzystać tę szansę. - zdecydowała Hermiona. - Jednak najpierw opieprzę tego perfidnego nieroba. Tylko jak zacząć...

- Czyżbyś czegoś szukał? Może swojej dumy?
I...To chyba nie był najlepszy pomysł. 

- Nie, ale jeśli chcesz, mogę ci teraz pokazać, czym ona tak naprawdę jest. - odpowiedział automatycznie jak gdyby miał tą odpowiedź wyuczoną na pamięć, po czym uśmiechnął się ironicznie. - Bo jak mniemam, ty jej nigdy nie posiadałaś, więc nawet nie jesteś w stanie określić, jakie to uczucie, gdy się nią dysponuje.

- Czy gdybym jej nie posiadała, również włóczyłabym się jak opryszek przy drzwiach wejściowych, podczas gdy wszyscy są już dawno w swoich łóżkach, zamiast należycie wypełniać obowiązki szkolnego perfekta? 

- Jak sama widzisz, jesteś wręcz wprawiona w ich wykonywaniu, więc jeśli chcesz, a na pewno tego pragniesz, to możesz je odbębnić za mnie. A nie, zapomniałem. Te twoje chude i koślawe patyki z niewiadomej przyczyny, również przywiodły cię w to miejsce. Lubisz uprzykrzać życie ludziom, którzy tylko pragną, byś zniknęła? A może postanowiłaś się trochę poopierdalać? - zakpił, a kąciki jego ust uniosły się w górę w geście cynicznego rozbawienia.  

- Zrywanie z kodeksem szkolnym, to nie moja działka, i dobrze o tym wiesz. Ciekawe, jakie to uczucie, Malfoy. Wracać nocą do zimnego, zwilgotniałego lochu, gdzie czekają na ciebie ludzie tak samo zimni, jak jego obślizgłe ściany. Może powinieneś sobie o tym przypomnieć i w tamtym miejscu poszukać swojej utraconej dumy, której wypatrujesz teraz po kryjomu wśród tego korytarza? Jest tak ciemna jak twoja dusza, więc zapewniam, nie ma żadnych, nawet najmniejszych szans, żebyś dostrzegł ją teraz w tej ciemnocie. A może przywiodło cię tu coś innego, na przykład sumienie? 

- Nieźle, Granger, nieźle. To będzie pewnie cios dla napuszonego niczym twoje kudły ego, ale nie przyszedłem tutaj odbywać egzorcyzmów, w związku z odkupywaniem swoich win. Ding, kobieca intuicja zawiodła, bo na nic więcej cię nie stać. Biorąc pod uwagę, jak wiele razy uzmysłowiłem ci poziom twojego śmieciostwa, powinienem je chyba odpokutowywać właśnie u twego boku, nie sądzisz? Wiesz, tak bardzo cię skrzywdziłem. Tyle upokorzeń, jak ty jesteś w stanie jeszcze funkcjonować, nie wiedząc, co to duma? Zresztą, nic nie zrobiłem, do czego mogłabyś się w tym momencie przyczepić, więc znikaj, zamiast dalej zatruwać mi nocne życie. Nie pozwalasz się skupić. - westchnął zrezygnowany. - Nie interesowały go teraz jej wścibskie wywody, - Poza tym, uczesz włosy, wyglądasz jak bezdomny. 

Hermiona zacisnęła zęby.
- A jednak coś cię tutaj przywiodło, może niedotlenienie? W każdym bądź razie teraz, gdy już się przewietrzyłeś, mógłbyś wrócić do patrolowania korytarzy, o ile w ogóle miałeś zamiar to dzisiaj robić, albo skierować się w stronę swojego zimnego przytułku, zamiast źle świadczyć o naszym stanowisku. Tak chcesz mnie ukarać za to, że zwróciłam dwa dni temu uwagę jednemu z twoich dryblasów? - zapytała cynicznie, podejmując ryzykowną, acz od dłuższego czasu interesującą ją gierkę. 

- Chciałabym zauważyć, że zamiast tracić czas na nic nieznaczące w moim mniemaniu gadki, mogłabyś już dawno odprawiać swoją cześć roboty, Granger. Dlaczego wciąż tu stoisz, także świadcząc źle o naszym stanowisku? Zazdrościsz mi, że to ja zazwyczaj się tym zajmuję? A może wszyscy twoi przyjaciele zdali sobie w końcu sprawę, jaka jesteś beznadziejna, i postanowiłaś poszukać pocieszenia w moich ramionach? Zaboli cię to, wiem, zdaję sobie z tego sprawę, ale nie gustuję w szlamach. Mam trochę wyższe standardy.

- Och, czyżby?

- Tak, Granger. Jak sama stwierdziłaś, posiadam ego o niebotycznych rozmiarach. Po co mam więc odbierać ci resztki twojego? Myślisz, że nie mam nic lepszego do roboty? 

- Nic lepszego od wpatrywania się w miejsce, gdzie została ona rzekomo powieszona? Nie sądzisz, że to dziwne z punktu widzenia obserwującego? Chyba nie chcesz mi wmówić, że nakryłam cię kręcącego się tutaj przypadkiem, ot tak, dla urozmaicenia - piła dalej, nie zrażając się jego niedostępną postawą. Ludziom język potrafił rozwiązać się w najmniej oczekiwanym przez nich momencie.  

- Zapomniałem, że wciąż tli się w tobie iskra inteligencji. Brawo, chylę czoło. - bezczelnie kontynuował szarganie jej poczucia własnej wartości. - Właśnie mnie uświadomiłaś. Wiesz, tak naprawdę, to postanowiłem po sobie posprzątać, ale niestety, zapomniałem, jak ściąga się z żyrandolu niewidzialną pętlę do wieszania swoich ofiar. Może byś mi pomogła i rzuciła nieco światłem?

- Bardzo zabawne. Dlaczego to akurat jeden z twoich typków, znalazł się przy niej jako pierwszy?

- Nie mam pojęcia, detektyw Granger. Może z tego samego powodu, z jakiego spotkaliśmy się dziś tutaj. To przeznaczenie?

- Nie kpij sobie ze mnie. Niewątpliwie coś ukrywasz i jeśli myślisz, ze tego nie odkryję, to grubo się mylisz. - zagroziła. - Przecież nie mógł jej się tak łatwo wywinąć, nie zdradzając jakichkolwiek mimicznych oznak kłamstwa. Musiała zyskać pewność. 

- A nawet jeśli to zrobisz, w co śmiem, z całym szacunkiem do brunetek, wątpić, to co dalej? Naskarżysz radzie pedagogicznej, że lunatykuję, rozstawiając wszędzie niewidzialne sidła na duchy? 

- Nie. Będę ci zatruwać tak długo "nocne życie", aż odechce ci się opieprzania na swojej zmianie. Nie chcę być posądzana o nie wykonywanie swoich obowiązków, tylko dlatego, że jakiś dupek, z którym mam dyżur, postanowił po sobie posprzątać.

- Gówno prawda, jesteś pieprzoną perfekcjonistką, nie zawalisz drugi raz swojego patrolu.  - warknął pewnie, oblizując usta. Patrząc na nią spod spuszczonych w zadumie powiek, próbował rozgryźć jej tok myślenia. Znając odpowiedź na dziwaczne zachowanie Ganger, postanowił wszystko sobie po swojemu zatwierdzić. Musiał wiedzieć, na jakim etapie podejrzewania już są. - Posprzątać po sobie co, kujonie?

- No wiesz, swoje winy. - odpowiedziała ściszonym głosem brunetka, niepewnie podnosząc na niego wzrok, co poskutkowało podniesieniem brwi ku górze przez blondyna. Jednak jego wyraz twarzy zmienił się w mgnieniu oka, a twarz stężała. Czyżby nagle uzmysłowił sobie, co ma na myśli? A może nie wiedział? Co miała oznaczać ta nagła zmiana reakcji? - Hermiona poczuła się niepewnie, a niepewność była czymś, z czym zdecydowanie nie potrafiła sobie radzić. 

- Bo przecież... - zaczęła. 

- Cicho bądź, zamknij chociaż na chwilę tę swoją tępą sparownicę. - sarknął, rzucając jej mordercze spojrzenie.
To ją zaskoczyło. 

- Nie będziesz mi mówił, co mam robić.

- Będę, niedosłysząca kretynko. Zamknij jadaczkę, bo nie ręczę za siebie, i wsłuchaj się uważnie w otaczającą cię przestrzeń, a nie pożałujesz.

Mierząc go podejrzliwym spojrzeniem, zastanawiała się, czy wysłuchać jego rozkazu. Bądź co bądź, to ona mogła go teraz trochę poirytować. Bo co, on mógł, a ona nie? Jednak coś w tonie Malfoya sprawiło, że wbrew swoim wcześniejszym zamierzeniom, usłuchała, pilnie wytężając uszy. Ten dźwięk dosięgnął ją tak mocno jak strumień lodowatego prysznica.
- Przytłumione kroki. - szepnęła zaniepokojona. 

- Właśnie. Wygląda na to, że nie tylko my postanowiliśmy wybrać się dziś na nocny spacer. Dobrze się składa, prawda? - rzucił prześmiewczo, wkładając nonszalancko dłonie w kieszenie. 

- Jeśli to jacyś pierwszoroczniacy, powinniśmy ich upomnieć, a następnie ukarać i dopilnować, by trafili do swoich pokoi.
Była taka przewidywalna, a mimo to jej podejście do sprawy, tym razem go nie zirytowało tak mocno jak zazwyczaj zwykło to robić. Czuł się rozbawiony, i zanim zdążył stłumić w sobie ten ludzki odruch , z jego gardła bezczelnie wydobył się odgłos szczerego prześmiechu. 

- Tak bardzo chcesz ich przyskrzynić, inspektorze? Liczysz na jakąś premię? - zapytał, siląc się na poważny ton i próbując ukryć rozbawienie. Co za głupia dziewczyna. - Może...
Urwał.

- Cholera. - zaklnął, napinając równocześnie ciało. 

- Co jest, przemądrzalcu, chcesz sypnąć jeszcze jakąś błyskotliwą docinką?

- Pieprzony Vane, zaraz tu będzie.
Vane? To ten nowy woźny - zabrzmiał w jej głowie wewnętrzny głos, ostrzegając całe ciało dziewczyny dawką mrożących krew w żyłach dreszczy. W jednej chwili zapomniała o tym, jak przez własną głupotę podłożyła się wcześniej blondynowi. Nagła reakcja ze strony jej bezużytecznego wtedy ciała sprawiła, iż Hermiona  skamieniała. Za wszelką cenę próbowała odzyskać władzę nad własną skorupą, jednak nie potrafiła. Zupełnie jakby nie należała ona do niej. 

- Idziemy stąd, ruszaj się. - rozbrzmiewał jakiś bliżej nieokreślony głos w pobliżu głowy brązowookiej. Taki jakiś upierdliwy, aż odechciewało się go słuchać.

Spróbował jeszcze raz. 
- Mówię do ciebie, Granger. Rusz te swoje płaskie dupsko. - warknął, szturchając ją w lewe ramię. Coś było z nią wyjątkowo nie tak. Nie powinna się w ten sposób zachowywać, generalnie rzecz ujmując liczył na to, że rozwrzeszczy się, ewentualnie zacznie uciekać, panikując po drodze, że to największy błąd jej życia - co miało być oczywiście tylko wyolbrzymieniem.

Nie widząc żadnej satysfakcjonującej go reakcji ze strony dziewczyny, złapał ją mocno za przegub ręki, po czym idąc szybkim krokiem, pociągnął kukłę za sobą zupełnie jakby była ona walizką na kółkach. Jeżeli ona wpadnie, przytaszczy to za sobą multum niepożądanych konsekwencji, które dosięgną także i jego. A na to pozwolić sobie nie mógł.

Wędrówka właśnie się rozpoczęła (...)

***

- Auć, kretynie, to boli.

- Jakże mi przykro.
Zimny i obojętny ton Malfoya kompletnie wyrwał ją z letargu.
Szła, szła bardzo szybko, jednak to nie ona kontrolowała przebieg czy też trasę swej nocnej wędrówki. Coś nią kierowało. W mgnieniu oka zdała sobie sprawę z bólu, który ostro promieniował z jej przegubu, aż po sam bark. Nie tracąc czasu, poczęła go lokalizować, starając się jednocześnie intuicyjnie przyspieszyć kroku. Ktoś deptał Hermionie po piętach, i to dosłownie. Przynajmniej takie było jej pierwsze wrażenie. Orientując się, co jest źródłem tych jakże nieprzyjemnych doznań, zapragnęła wyrwać rękę z silnego uścisku chłopaka. A co ją będzie bydlak ciągnąć! Jednak to mogło spowodować płomienną i krwawą awanturę, której zajścia nie byliby w stanie ukryć. Zważając na ich ogniste temperamenty, krótka i gwałtowna sprzeczka, mogłaby de facto obudzić pół zamku - w najlepszym wypadku. Poza tym nie miała pojęcia, gdzie teraz zmierzają. Kompletnie straciła orientację pośród mroku, natomiast światła rzucić nie mogli, bez zdradzania swojej pozycji. Podporządkowując się jego dominującej postawie, mimowolnie pomyślała o tym, że to pierwszy raz, gdy są ze sobą tak blisko. Mało tego, stykają się ciałami z jego inicjatywy. Gdyby tylko mogła zachować się bezczelnie bez denerwowania go, dałaby mu ostro do zrozumienia, że nie podoba jej się to. Nie miał prawa raczyć Gryfonki swoim dotykiem, a już tym bardziej sprawiać nim bólu. Jednak, co mogła w tej chwili zrobić? Nie chciała, żeby Dominic ich razem nakrył nie na swoich pozycjach patrolowych. Nie wspominając już o jej nienagannej reputacji. Ponadto mogłaby zostać zawieszona w pełnieniu funkcji perfekta naczelnego, a to tylko pokrzyżowałoby dochodzenie ich trójki. Ron z pewnością nie popuściłby jej wpadki, spowodowanej źle przeprowadzoną zagrywką na Malfoy'u. W końcu sama się w to wpakowała. Nie chciała stracić ani w oczach Harry'ego, ani jego. Z drugiej strony, Malfoy'owi też zapewne nie odpowiadała się sytuacja, w jakiej się znaleźli. - Blondwłosym dupkiem zajmę się swoim czasie. - obiecała sobie hardo, co pociągnęło za sobą w górę kącik ust dziewczyny. Była pewna, że będzie mogła wykorzystać to przeciwko niemu. 

Wtem zatrzymali się. 
- Coś jest nie tak. - syknął nerwowo, puszczając jej rękę.

- Co znowu?

- Chyba się pomyliłem.

- Jak to się pomyliłeś? - warknęła, nie kryjąc złości. Gdzie on do cholery ich zaprowadził. Nie, inaczej. Czy on czasem nie wyprowadził ich tuż pod nos woźnego? Faceci i ich beznadziejna orientacja w terenie. 

- Normalnie, Ganger. Gdybyś ruszyła tą swoją tępą łepetyną, jak ci wcześniej polecałem, nie doszłoby do tego.

- Tępą? To ja ci kazałam robić za szkolnego młokosa? - zapytała cynicznie, próbując natrafić wzrokiem na zarys jego postury.
Jednak nim zdążyła zrealizować swój cel, on pociągnął ją mocno do tyłu. Silne dłonie Dracona zacisnęły się na jej ramionach, przysuwając delikatne ciało Hermiony w swoją stronę. Zrobił to tak gwałtownie, że niefortunnie przywaliła ona całym swoim lewym bokiem o ścianę sąsiedniego korytarza, podczas wykonywanego przez chłopaka manewru.

Malfoy właśnie ich ukrył, zapobiegając tym samym kompletnej katastrofie. W samą porę uratował ją przed wścibskim nosem Dominica. 

Sekunda pierwsza. Druga. Trzecia. Czwarta, Piętnasta. A może już trzydziesta? Nie wiedziała.
Hermiona starała się stać spokojnie, czując za sobą emanująca chłodem sylwetkę Malfoya, jednak jego obecność i zaciśnięte na jej ramionach szpony, były bliskie wyprowadzenia Gryfonki z równowagi. To był już drugi raz, kiedy ośmielił się zmniejszyć dzielącą ich odległość i położyć na ciele panny Granger swoje obślizgłe łapska. Mało tego, czuła że delikatnie, ostrożnie i niemalże niezauważalnie, wędruje w powietrzu dłonią wzdłuż jej szaty. Tego było już za wiele, zdecydowanie. Błogosławieństwem w tamtym momencie okazało się dla Hermiony zbawienne urwanie dźwięku tupających o posadzkę butów, bowiem w końcu mogła zrobić to, co zamierzała od samego początku.
Wymierzyła na oślep Malfoy'owi cios łokciem.

Tak się złożyło, że fortunnie trafił on w jego twardy, o czym świadczył rozrywający wnętrzności ból w jej łokciu, brzuch. Chłopak automatycznie zgiął się w połowie, zapewne z powodu przeszywającego jego ciało bólu... Usiłował włożyć rękę do jej kieszeni. Chciał ją okraść z różdżki? Nie mieściło się to Hermionie w głowie.

- Ty mała... - wycharczał rozwścieczony  i doprowadzony do szewskiej pasji przez niefrasobliwy czyn Gryfonki Malfoy. - Gorzko tego pożałuje.

A może wcale nie zależało mu na jej różdżce? - kontynuowała swoje rozważania dziewczyna.  - Po co miałby ją odbierać brązowowłosej? Miał swoją, a gdyby chciał się z nią rozprawić, nie pozbawiłby jej w sposób niewymagający użycia magii. To byłoby sprzeczne z jego cholerną dumą. Czyżby zauważył więc w jej kieszeni kawałek pergaminu, który został zwinięty przez dziewczynę w bibliotece? Jeśli tak, to czy zdążył go mimo wszystko wyjąć, pociągając szybko za jego koniec? Upewniwszy się, poprzez prędkie włożenie ręki do kieszeni, że zwitek wciąż znajduje się na swoim prawowitym miejscu, dziewczyna postanowiła jak najszybciej wywinąć się z tej sytuacji. Hermiona poczuła ulgę, czując pod swoją dłonią przyjazną fakturę kartki, jednak postanowiła ulotnić się niczym Fred i George z miejsca zamieszania, zanim Malfoy dojdzie po siebie. Miała mało czasu. Nie czekając na jego reakcję, rzuciła stanowczo.

- Nie waż się więcej tego robić.

Po czym rzucając Lumos, oświetliła najbliższy korytarz z głośno bijącym sercem, zatapiając się w jego wnętrzu. Pochłonął on ją ku ironii tak mocno niczym dobra książka do porannej kawy. 

A on wciąż stał w tym samym miejscu, gdzie go zostawiła, dochodząc do siebie. Wściekły i zły na siebie, miał ochotę rozszarpać ją na kawałki, gdyż sobie przecież krzywdy zrobić nie mógł. Nie dość, że uratował jej przemądrzałe dupsko przed nakryciem, co właściwie zrobił i tak z powodu własnych egoistycznych pobudek , ale mniejsza o to, to jeszcze śmiała wymierzyć mu cios łokciem. Jednak źle ocenił sytuację, myślał, że zdążyła już ponownie otępieć, jak wtedy przed drzwiami wejściowymi. Wiedział, że niepotrzebnie chwytał za skrawek papieru, a mimo to czuł, że dobrze zrobił. Gdyby nie spróbował wykorzystać tej okazji, obwiniałby później siebie za brak inicjatywy. A jeśli było to coś ważnego? Coś, co mogło mu się przydać? Coś, co było warte ryzyka? Zawiódł, zawiódł na całej linii. Jednak więcej już tego nie zrobi. - Szykuj się, Granger. To jeszcze nie koniec.

***

Należy puścić: A Knight's Lullaby

Drążącymi krokami, ostrożnie podszedł do pamiętnego miejsca. Czuł w kościach, że coś jest nie tak. Otoczenie wydawało się być jakby zatuszowane, a mimo to w uszach dźwięczał mu jakiś nieprzyjemny, zawodzący żałośnie lament. Nie potrafił odciąć się od niepokojącego go dźwięku. 

- Proszę, podejdź bliżej.
Usłuchał. 

Nie zrobię tego sam...

Malfoy nie przypuszczał, że mrok może mieć coś wspólnego z ciemnością, której nie potrafiłby pojąć. Otchłań stanowiło jego własne życie, przyswajając go w toksyczny sposób niczym przeterminowane cygara. Ten rodzaj zmierzchu, wydawał mu się jednak obcy, odległy, niemożliwy do pojęcia. Zdawał się zionąć nieoswojeniem i drapieżnością, przy czym srogo dawał do zrozumienia, że niesłusznym posunięciem byłoby lekceważenie go.

Na posadzce w miejscu, gdzie znajdowała się wcześniej poświata Marty, widniały mokre ślady. Ślady bosych jak gdyby drobnych stóp. Wiodły one nieszczęśnika przez cały korytarz, by po przerażającej wędrówce, zniknąć. Podniesienie przez młodzieńca głowy sprawiło, iż przeniósł on wzrok na znajdujące się przed nim okno. Półcień zakazanego lasu zdawał się zmieniać kształty i rozmywać w świetle Księżyca, a w uszach Malfoya poczęła rozbrzmiewać ta sama, niezrozumiała i mrożąca krew w żyłach pieśń. 

Bo ona nie zna litości. Nie oszczędza. Po prostu wchodzi. I zaciska. 


***

Wracając z drżącym z ekscytacji, a może i wściekłości sercem, Hermiona zastanawiała się, w jakim stanie zastanie swoich kompanów. Na pewno nie będą w najlepszych nastrojach, tego była pewna. Nie miała również wątpliwości co do ilości zadań, które na nią czekały. Nie łudziła się nawet, że któryś z tej leniwej dwójki postanowił napisać chociaż kawałek własnego eseju. No, może Harry. Jednak jej stan emocjonalny sprawił, że nie przejmowała się ogromem pracy, który ją czekał. W myślach wciąż  miała wcześniejszy widok, którym zamierzała się jak najszybciej podzielić z przyjaciółmi, nie wspominając już o dokładnym przemaglowaniu go. Nie wiedziała natomiast, jak ma streścić tę historię tak, by nie wywołała ona fali negatywnych emocji ze strony Rona. Miał naturę czepialskiego rudzielca i czegokolwiek by nie zrobiła, zawsze musiał wszystko dokładnie przeanalizować - oczywiście po swojemu. Dlatego tego też postanowiła pominąć parę, nic nie znaczących dla przebiegu ich śledztwa, niepozornych szczególików. Bo po co miał wiedzieć o tym, jak zmuszeni przez beztroskiego Dominica, szwendali się razem po szkolnych korytarzach. O nie, o tym stanowczo nie zamierzała mu powiedzieć. Zresztą, nie było się czym chwalić. Temat ten nie należał do ani najdelikatniejszych, ani najciekawszych. Ona sama miała zamiar jak najszybciej wymazać ten obraz z pamięci. Miała tylko nadzieję, że Malfoy nie będzie próbował jej wypatroszyć przez najbliższe kilka dni za te, być może, połamane żebro. 

Nie było dla niej niespodzianką, że Gruba Dama, obrzuciwszy ją uprzednio groźnym spojrzeniem, nie miała najmniejszego zamiaru wpuścić jej do środka bez sensownego wytłumaczenia. Wiecznie naburmuszona królowa gryffindorskich wrót, strzegąca, niczym rycerz swojej damy serca ich majestatycznej twierdzy. Bądź co bądź, w kwestii przepuszczenia dziewczyny, nie miała wyjścia.

Podane hasło było prawidłowe, tak więc Gruba Dama ostatecznie odpuściła brązowowłosej i , choć niechętnie, otworzyła jej drogę do pokoju wspólnego. Oczywiście nie omieszkała się na koniec ich kobiecej konfrontacji mruknąć pod nosem przyjemne określenie ala "ta nieznośna dziewucha", co właściwie nawet nie ugodziło dumy dziewczyny. Ostatnio chyba zbyt często zdawała się mieć gdzieś rzeczy, które dotyczyły bezpośrednio wyłącznie jej osoby. Oziębłość, zmęczenie, wyrachowanie? A może jedno, drugie i trzecie? Nie wiedziała, i chyba nawet nie chciała tego wiedzieć. 

Ron zdążył już przysnąć nad stosem książek, rozwalając bezczelnie lewą nogę na oparciu wyświechtanej kanapy. Najwidoczniej nie próżnowali ze spożywaniem żarcia. Harry natomiast trzymał się zdecydowanie lepiej. Cóż, przynajmniej nie ślinił podczas snu jej ukochanych książek, tylko na wpół przytomnym wzrokiem, starał się wertować którąś z nich. Pomagała mu w tym Ginny, co jakiś czas poklepując bliznowatego po ramieniu w celu rozbudzenia jego zmęczonego od czekania, a może i nauki, oblicza. 

Gdy tylko ujrzeli Hermionę, owa dwójka od razu rozbudziła się. Oczy Harry'ego zaczęły przypominać pięciozłotówki, czyli wracały do normalności, a usta Ginny nieznacznie rozszerzyły się. Tak bardzo dziwiło ich, że zdołała wrócić do dormitorium przed trzecią w nocy? Cudownie.

- Co ci się stało? Wyglądasz jak strach na wróble - wydukał nagle rozbudzony Ron, ziewając przeciągle. Nic dziwnego, że zadał to pytanie. Bieg korytarzem na pewno sprawił, że jej włosy stały się jeszcze bardziej napuszone niż zwykle, o ile w ogóle mogła zaliczyć to zjawisko do rzeczy możliwych.  

- Wiesz w ogóle, jak one wyglądają?

- Nieważne. Mam nadzieję, że masz dobrą wymówkę.

- Albo przynajmniej dawkę jakichś ciekawych informacji bardziej przyswajalnych od tych książkowych - dodał Harry, mrugając do niej przyjaźnie.

- To może ja już się się ulotnię. - szepnęła rozespana Ginny. 

- Najwyższy czas - odparł Ron, szczerząc się do siostry, która w odpowiedzi obrzuciła go jadowitym spojrzeniem.

- Ze mnie chociaż był jakiś pożytek, natomiast twoja ograniczona umysłowo czupryna nie przydała się nam do niczego - rzuciła na odchodne, wystawiając język Ronowi i mrugając zaczepnie do Harry'ego i Hermiony. - Dobranoc!

- No dobra - westchnął zrezygnowany Ron. - To masz coś dla nas?

- Spuść z tonu, a zaserwuję ci porcję dodatkowych nowinek, może nawet pomogę dokończyć zaległe zadania. - skomentowała usatysfakcjonowana Hermiona, co zostało skomentowane przez Harry'ego przytłumionym chichotem.

- Nie ulega wątpliwości Ron, że Hermiona wysunęła bardzo dogodną dla nas propozycję i sądzę, że powinniśmy ją przyjąć - powiedział poważnie Harry, po czym znowu parsknął śmiechem. - Dobra, ja słucham.

- A więc, jak zresztą wiecie patrolowałam korytarze...

- ...I tak mnie to pochłonęło, że się spóźniłam.

- Tak, Ron, spóźniłam się, ale nie dlatego, że pochłonęło mnie nocne obstawanie korytarzy. Sprawdzając dolne piętro natknęłam się na Malfoya, który najwidoczniej coś kombinował w miejscu, gdzie powieszono Martę. Dopóki nie dałam mu znać o swojej obecności, nawet jej nie wyczuł. Zdawał się być czymś pochłonięty. Wcześniej nie widziałam go na żadnym z punktów kontrolnych, chociaż miał rozpiskę zgodną z moją. Skoro nie stawił się w żadnym z nich, a zamiast tego kręcił się w pobliżu, hm, miejsca zbrodni - ironizowała Hermiona - to wiadome jest, że coś mu leży na sercu. Pytanie tylko, co?
Zapadło milczenie.

- Mówiłem wam przecież, że jest winny.

- A ja mówiłam ci, żebyś w końcu zaczął oddawać swoje prace w terminie, i co?

- Nie spierajcie się, proszę, głowa mi pęka. Obojętnie czy ten gnojek zawinił, czy nie - bagatelizował Harry. - Fakt, faktem, że w końcu mamy dowód na to, że i on wciąż interesuje się tą sprawą, a może nawet jest w nią jakoś uwikłany. Powinniśmy pomyśleć nad następnym krokiem, ale szczerze mówiąc, sam nie wiem, od czego zacząć.

- Właśnie, a tak propo byliśmy dzisiaj u Hagrida. Niczego szczególnego nie udało nam się z niego wyciągnąć, sam nie wiem, po co w ogóle do niego poszliśmy. Bo co, chcieliśmy sobie z nim o tym poplotkować? Jedyne, co wydawało nam się istotne, to, no wiesz. Nie żebyśmy tego nie wiedzieli. Potwierdził tylko, że nigdy wcześniej nic takiego nie wydarzyło się w tej budzie. Duchy to świętość. - bełkotał bliski zaśnięcia Ron. 

- Czyli dotychczas nic nie było w stanie ich tknąć, tak jak przypuszczaliśmy. Zastanawiam się tylko, czy z powodu jakiegoś czynnika sama z siebie tak zawisnęła, czy też było w to zamieszane użycie czarnej magii. Pomyślcie. Czy jest to możliwe, aby użyć jej do czegoś takiego?

- Nie wiadomo, jak daleko ona sięga. Sam "Książę Półkrwi", napisał w swojej książce parę nieczystych zaklęć. Jeśli chcesz, możemy przyjąć, że należą one właśnie do tej kategorii. - zaproponował okularnik. 

- I w tedy moglibyśmy hipotetycznie rozważać jej użycie. - zgodziła się Hermiona.

- Właśnie.

- Czyli dalej jesteśmy w dupie. Nie przybliża nas to do niczego. Wspominałaś o tym, że biblioteka została zdemolowana, i to na pewno nie przez kolejnego mola książkowego twojego pokroju - podsunął Ron, bawiąc się bezmyślnie kawałkiem kartki z jej szkolnego podręcznika. 

- Wiadomo, że to nie mój kaliber. Zresztą, tak,  została, a to mi przypomina, że udało mi się coś z niej niepostrzeżenie zwędzić. Do tej pory nie sprawdziłam jeszcze, czy ma to jakąkolwiek wartość. Możemy zrobić to razem, ale najpierw proponuję po prostu skończyć te zadania. Mój bezczelnie skradziony świstek nie ucieknie, a nas czekają jeszcze pełne ręce roboty.

- W końcu. Myślałem, że już się nie doczekam. - rozpromienił się Ron, podnosząc do w miarę normalnej, półsiedzącej pozycji. Cała trójka, włącznie z nim, zaśmiała się z jego nagłej zmiany nastroju.

Pochłonięci wertowaniem książek, oddali się rutynowym szkolnym czynnościom. Kto twierdzi, że zwyczajność w każdym calu wydaje się być nudna i wręcz beznadziejna, jest w błędzie. Stanowi ona nieodłączony element życia, a jej schematyczność potrafi czasami wyciągnąć człowieka, wbrew pozorom, z nawet największego letargu. Tym razem mogli ją zaliczyć do pozytywnych aspektów życia. Wskakując w wir naturalnych szkolnych czynności, na chwilę zapomnieli o nurtujących ich pytaniach, pozwalając, by ta chwila stała się dla nich nietypową świetnością. Ponownie byli razem, w tamtej chwili nic nie wydawało się równie wspaniałe, jak ich obecność. To jeden z elementów prawdziwej, lecz czasami odrobinę skomplikowanej przyjaźni, nieprawdaż?

***

Sobota zawsze mija szybko, zupełnie jak wszystkie wolne dni. Uczniowie oczekują jej z ekscytacją wiedząc, że w końcu znajdą czas, by chociaż trochę odpocząć po ciężkim tygodniu. Są też tacy, dla których dni wolne, to tylko kolejne dodatkowe godziny na doskonalenie swoich umiejętności i zgłębianie wiedzy. Tym samym spędzają je na nauce, tak jak zwykli to robić w tygodniu.

Dla Sir Nicholasa nie liczyło się, który dzień tygodnia następował po którym. Nie przejmował się systemem dni wolnych od pracy, stawianiem się w określonych godzinach na ustalonych z góry miejscach. Dla niego każdy był taki sam, schematyczny na swój własny sposób. Robił, co chciał, przebywał, gdzie chciał i mówił, co chciał. Uwielbiał uczniów, dlatego tak chętnie spędzał czas w ich towarzystwie.  To właśnie to sprawiało, iż jego codzienna rutyna zawsze była im podporządkowana. Szczególnie cenił wychowanków swego domu i był zadowolony ze swego pochodzenia. Większość z nich skupiała w sobie najwspanialsze i najszlachetniejsze cechy, co tylko napawało go jeszcze większą dumą. 

Tego dnia również postanowił im towarzyszyć, i chodź dobiegał on już końca, by za chwilę ustąpić zmierzchowi, wciąż trwał u boku swoich młodocianych towarzyszy. Towarzystwo duchów nudziło go. Wszystkich z jego zmarłych znajomych cechowała przewidywalność, suchość i często zasępienie. Najczęściej byli ze wszystkiego niezadowoleni. Wiedział, co mogło być tego przyczyną. Brakowało im zajęć, nowości. Negatywna odmiana schematyczności stała się ich bolączką, a nie wiedząc, co ze sobą zrobić, potrafili pogrążać się w myślach o swojej śmierci, co przyprawiało ich o jeszcze podlejszy nastrój. Zamiast otwierać się na żywych, woleli zamykać się w sobie i starych, wilgotnych murach zamków. Oczywiście nie wszyscy i nie zawsze. Jednak ostatnio zdarzało się to coraz częściej. Jakiś czas temu życie towarzyskie duchów i ich harmonogram, wręcz tętniły życiem. Otworzyły się one nawet na młodzieżowe nowinki, porzucając swoją staroświeckość. Tym razem było inaczej, wszystko powracało do starego, smutnego schematu za sprawą minionych wydarzeń. Przytłoczyły one wszystko i wszystkich, i nawet sam Sir Nicholas, nie czuł się już tak zmodernizowany jak jeszcze do niedawna miał się w zwyczaju czuć. 

Księżyc pojawił się na niebie, przejmując rolę latarni na całych błoniach. W Wielkiej Sali wszyscy zdążyli zebrać się już na wieczorny posiłek. Kolacja w piątki, jak i poniedziałki, zawsze zdawała się być najżywsza. Zamiast ubolewać nad zmęczeniem, uczniowie zawzięcie dyskutowali na interesujące ich tematy, komentowali rozmaite sprawy lub planowali swój czas wolny. Nauczyciele również wydawali się odprężeni pomimo ogromnego hałasu, który docierał do ich uszu. 

- Ron, przestań się obżerać - mruknęła Hermiona, mając już dość nadmiernego apetytu przyjaciela. Mógłby chociaż do jedzenia używać sztućców. 

- Daj spokój, kto głodnemu zabroni? - wybełkotał z buzią pełną jedzenia Ron. 

- Ronusiu, chyba nie chcesz znowu być tak nieatrakcyjny jak na czwartym roku, kiedy to żadna laska nie chciała się zgodzić, żeby być twoją towarzyszką na balu - przestrzegał go sztucznie poważny George, kiwając mu karcąco wskazującym palcem prawej dłoni. 

- I ostatecznie jedyna, w miarę normalna sztuka zostawiła cię samiutkiego jak palec. Jesteś już chyba skazany na niepowodzenie i poszerzanie gumek w spodniach, słodziutki - dodał drugi z bliźniaków. 

- Bo wy prezentujecie się świetnie - burknął oburzony Ron, gapiąc się nieprzytomnie w talerz kiełbasek.

- No jasne, nie widzisz tych młodych i zgrabnych ciałek pełnych wigoru?

- To się przypatrz - rzucił Fred, szczerząc się i napinając ostentacyjnie mięśnie. 

- Za moich czasów to nie muskuły decydowały o powodzeniu, a smukłość młodzieńczej sylwetki - wtrącił Sir Nicolas, wodząc po złotych półmiskach rozmarzonym wzrokiem, co nie uszło uwadze George'a. 

- I ilość gotówki - dodał George, mrugając zaczepnie do ducha. 

- Ewentualnie majątku ziemskiego - dodał ponownie drugi z pałkarzy. 

- Tak, macie rację - zaśmiał się szczerze duch, na co siedzący najbliżej niego Gryfoni, wytężyli słuch - Tamte czasy pod tym względem nie odbiegały w dużym stopniu od obecnych. I wtedy, i teraz pieniądz gra dużą rolę. Na tym opiera się handel.

- I zdobywanie dziewczyn - wtrącił się już któryś raz z kolei George. Chyba był dziś w formie.

- A mnie interesuje co innego. Jaki posiadałeś stosunek do oświaty będąc młodzieńcem?  - zapytała szczerze zainteresowana Hermiona, odkładając delikatnie widelec na serwetkę. 

- Nie no, chyba sobie żartujesz. Jest piątek, a ty go będziesz pytać o naukę? - jęknął oburzony Ron.

- Czemu nie? Wy możecie rozmawiać o panienkach, żarciach i pieniądzach, a ja nie mogę o sprawach wyższych?

- Dlatego właśnie czasami bywasz irytująca, kompletnie nie masz wyczucia czasu. 

- Bo niby ty go masz, tak? Mistrz popełniania gaf i zrażania tym samym do siebie ludzi? - warknęła Hermiona, obrzucając go zirytowanym spojrzeniem.

- Cicho, czekajcie chwilę. Nie zauważyliście, że od jakichś kilku minut coś jest nie tak? - zwrócił im uwagę Harry, który od jakiegoś czasu wydawał się być nieobecny, chociaż dłoń jego wciąż penetrowała zawartość złotego talerza. 

Należy puścić: Brand X Music - Auryn

- Co masz na myśli Harry? - zapytał zainteresowany Sir Nicholas.

- Właśnie, o co chodzi? - dopytywała Hermiona. 

- Spójrzcie na stół nauczycielski, wydają się poruszeni.

- Faktycznie, McGonagall ma tą standardową minę, kiedy chce nam wlepić szlaban. - zgodził się George, mrużąc sceptycznie oczy. 

- Obawiam się, że dzisiaj nie zdążyliśmy jeszcze nic przeskrobać, braciszku. Nie umniejszaj nam zasług, proszę cię.

- Wybacz, stary. 

- Nie tylko ona wydaje się nieswoja. Żyję już zbyt długo, by nie wiedzieć, że właśnie w tym momencie dyskretnie przekazują sobie jakieś wstrząsające informacje. Wbrew pozorom wasza wychowawczyni jest wyjątkowo wyprowadzona z równowagi, nie wspominając o reszcie rady pedagogicznej i zaniepokojonemu dyrektorowi. - sprostował Sir Nicholas.

- Nie rozumiem, co ich tak pochłonęło. - burknął zdezorientowany Ron, wychylając się do tyłu, by mieć lepsze pole widzenia na stół nauczycielski. 

- Cóż, na pewno zaraz się dowiemy. - odparła Hermiona, podążając za wzrokiem przyjaciół. 

Podczas gdy zbici w grupkę Gryfoni dyskutowali o tym niecodziennym zjawisku, Sir Nicholas podfrunął ku górze i zaczął obserwować z bliska sklepienie sali. Poczerniało, a jego struktura zaczęła stawać się nieregularna. Znikły gwiazdy, czarodziejski pył i ten wspaniały, magiczny blask, rozświetlający Wielką Salę. Coraz więcej uczniów zaczęło wyczuwać nietypowy nastrój i poddenerwowaną aurę grona pedagogicznego. Gdzieś w oddali dostrzegł Dracona Malfoya, który zawzięcie gestykulował, starając się pokazać coś swojemu koledze - Zabiniemu. Duch podążył wzrokiem za palcem młodzieńca, by skupić go zaraz na pustym miejscu Snape'a. Kiedy opiekun Slytherinu zdążył się ulotnić? Sir Nicholas nawet nie zauważył, w którym momencie postanowił on opuścić swoje miejsce przy stole. Zdawało mu się, że jeszcze chwilę temu widział go obok niego, a teraz przestrzeń ta świeciła pustką. Nerwowo zaczął rozpraszać się po sali, zamieszanie poczęło rosnąć, a szkolny gwar zaczął przybierać złowrogi wydźwięk. 

I wtedy go dostrzegł. Spiętego, zdenerwowanego i... kombinującego. Starał się po cichu i niepostrzeżenie opuścić Wielką Salę, co, o dziwo, udawało mu się w znakomity sposób. Własnie dosięgał mosiężnej klamki i z gracją nietoperza, wymknął się za chyba mahoniowe drzwi, zdawając się nie zostawać przyuważonym przez nikogo prócz ducha. Sir Nicolas zastanawiał się, czy poinformować o tym Harry'ego i pozostałych Gryfonów. Na pewno byliby zainteresowani tym zjawiskiem, jednak gdy tylko otworzył usta, chcąc przerwać im ich ożywioną dyskusję, dyrektor przemówił.

- Drodzy uczniowie, myślę, że dzisiejszą ucztę powinniśmy skończyć przedwcześnie.

- Co on pieprzy?

- Zamknij się Ron, nic nie słyszę. - uciszyła go brązowooka. 

- Jest to spowodowane pewnym czynnikiem zewnętrznym, którym nie powinniście się martwić. Niemniej jednak proszę perfektów, by odprowadzili wszystkich, ale to wszystkich uczniów do swoich dormitoriów, w szczególności zwracając uwagę na pierwoszoroczniaków. Rozejściu się z sali do swoich domów, będą przyglądać się nauczyciele, dlatego też proszę, byście nie podejmowali żadnych niesłusznych i podejrzanych manewrów, bowiem niezwłocznie zostanie to przez nich zauważone. Tak więc apeluję o skierowanie się do swoich pokoi wspólnych w ciszy i spokoju, a jeśli już macie zamiar być głośno, bądźcie w tym naturalni i nie silcie się na nietypową dla was wrzawę. Dziękuję za uwagę. Możecie się już rozejść. - zakończył swoją wypowiedź Dumbledore, kiwając głową w stronę świętej Trójcy.

- Chciałabym jedynie jeszcze dodać, jeśli dyrektor pozwoli, że za złamanie nakazu zostaną wymierzone surowe kary. Jedną z nich jest obniżenie punktacji domu, więc zanim zdecydujecie się na jakiś niefrasobliwy czyn - mówiąc to McGonagall również spojrzała na Świętą Trójcę - przemyślcie to dwa razy. Wyjątków nie będzie, a każdy nieposłuszny uczeń zostanie ukarany w ten sam sposób. Zalecam niezwłoczne rozejście się.

- Nie rozumiem, nic z tego nie rozumiem. - westchnął rozgoryczony Ron.

- Mamy zamiar słuchać jej zaleceń czy ryzykować? Wolę wiedzieć już teraz, na czym stoimy. - powiedział ze zdecydowaniem Harry, wyrażając postawę gotową do niezwłocznego działania.

- Myślę, że powinniśmy zastosować się do zaleceń McGonagall. Wygląda na naprawdę roztrzęsioną. - szepnęła przygnębiona Hermiona, zakładając nerwowo za ucho pasmo kręconych włosów.

- Dumbledore również nie wygląda na zrelaksowanego, widzę to po jego rozbieganych i nieobecnych oczach, chociaż zdaje się uśmiechać do nas przyjaźnie. Znam go dobrze, na pewno nie jest w takim nastroju, na jaki wskazywałby jego uśmiech. - powiedział Harry, zwracając uwagę na swojego mentora. Nie w takiej postaci zwykł go na co dzień widywać. 

- Dobra, nie mamy czasu. Ron, musimy poprowadzić "ewakuację". Wypełnimy swoją powinność jako szkolni prefekci i dopiero po tym zastanowimy się, co robić dalej.

- Myślę, że to odpowiednia decyzja. Pomogę wam. Założę się, że część pierwszaków dalej boi się, iż zrobiłbym im krzywdę, gdyby tylko wystarczająco mocno podpadli mi po drodze. W końcu, kto nie bałby się Wybrańca?

- Tak więc do dzieła. - rozkazała brązowowłosa, na co pozostała dwójka kiwnęła twierdząco głową,  tym samymodwracając się w stronę drzwi wejściowych. Tej nocy byli zdeterminowani jeszcze bardziej niż poprzedniej.

***

Na każdy podmuch wiatru martwe liście spadają. Za chmurami, czy księżyc wciąż świeci? Część dni musi być mroczna i ponura. Część nocy musi być ciemniejsza, a źdźbła trawy przeraźliwie zawodzą.

Dlaczego Theodor postanowił się wybrać na spacer o takiej porze? 

Twój los jest losem wszystkiego...

Tej nocy chciał chłonąć ciemność. Samotnie tęsknił za rytmem swojego spokojnego oddechu. Myślał, że uda mu się osuszyć jego wilgoć. Czuł się przemoczony, zupełnie jakby wciąż stał w strugach deszczu. Mrok zbierał swoje żniwo, pragnął go gdzieś zabrać. To właśnie wiara w ukojenie swojej zszarganej duszy przez ciszę i samotność, przywiodła go tutaj. 

Wiatr zawodził, a on podążał za blednącym światłem księżyca. Zrobił krok do wnętrza ciemnego i krwawego kręgu. Kryjąc się pośród cieni, z mocno bijącym sercem obserwował, jak marmurowy posąg starego woźnego ocieka błotem, a postać stojąca nad nim, nerwowo dyszy, obnażając swoje zaostrzone kły w geście rozdrażnienia. To była diabelska furia, szatańska kreacja. 

Dominic trzymał zabrudzoną łopatę, a gdy kolejny podmuch wiatru przyprawił Nott'a o niepokojące go dreszcze, ponownie wbił ją w ziemię. 

________________________________________________
Rozdział istotnie jest długi i nie dziwię się, jeżeli komuś odechce się do czytać w połowie. To chyba najdłuższy z dotychczasowych, następne powinny być zdecydowanie krótsze. Po długiej nieobecności w końcu została opublikowana jego przeważająca część, chociaż pierwotnie miał on wyglądać zdecydowanie lepiej. Szkoła faktycznie pochłania naprawdę wiele czasu, dlatego też ciężko było się zebrać, by go w końcu dokończyć. Wierzę, że nie tylko ja jestem przemęczona i czasami nie mam czasu nawet na to, żeby podrapać się po głowie. Czas nas goni i naprawdę nie oszczędza. Życzę wam mimo to wspaniałego i spokojnego weekendu, mój właśnie taki będzie, chociaż czeka na mnie sporo pracy i pewnie jeszcze nie raz załamię się nad ogromem informacji, które tylko czekają na ich przyswojenie. Za wszelkie błędy przepraszam, starałam się przeprowadzić dokładną korektę, ale chyba marnie mi to wyszło. Miło byłoby zobaczyć wasze komentarze, to naprawdę motywuje. Tymczasem życzę wam udanego dnia!
Y.